Witajcie. Pozwólcie, ze opiszę dwie sytuacje, które miały miejsce w przeciągu miesiąca.
Standardowo w weekend, pod wieczór, stanęliśmy z kumplami przy stacji paliw u mnie w mieście. Fajeczka,(ja nie pale)pierdoły, pogaduchy, oglądanie autek, które się targają na prostej. Ale do rzeczy. Moje auto stało w danym miejscu, obok butli z gazem, my staliśmy 4 metry od auta obok fury kolegi. Staliśmy z jakieś 30-40 minut i stwierdziliśmy, ze jedziemy do sklepu. Oni do siebie wsiedli, ja ide do Colta i patrze, auto zamknięte. Śmieje się i krzyczę do nich żeby mi oddali klucze. Zaraz spostrzegłem się, że kluczyki są w stacyjce. Mózg rozwalony, pytam się, jakim cudem!? Stałem chwile i nie dowierzałem, no tu robić. Koledzy chcieli mnie zawieźć po zapasowy klucz ale ja mowie, ze szybciej otworze przez uchylony szyber. Wziąłem myjkę do szyb ze stacji i w mig otworzyłem drzwi. Od tamtej pory o tym nie rozmyślałem.. Do wczoraj. Wczoraj jechałem przez miasto, zatrzymałem się na stacji w tym samym miejscu aby wykonać połączenie telefoniczne, ściszam muzykę i nagle słyszę, dźwięk zasuwających się zamków. :O No nie wierze. Przesunąłem dzyndzel od zamka, chodził jakby z jakimś oporem (wcześniej tego nie było), pootwierałem i pozamykałem, po chwili przestał działać. Otworzyłem drzwi pasażera i zamykałem znów centralny, słychać było dźwięk mechanizmu ale dzyndzel od zamka się nie przesuwał, a w zatrzasku drzwi słychać było jakby coś tam blokowało. Po chwili przestało już w ogóle działać. Pojechałem do domu, myślałem, ze się naprawi. Niestety nie, pomyślałem, ze wyjmę bezpiecznik na noc, gdyby coś mu znowu odbiło i się samoczynnie nie otworzył. Na drugi dzień wpadam, wkładam bezpiecznik, wszystko działa. Magia, czary, pola magnetyczne. Haha. Ktoś ma wytłumaczenie co się mogło dziać?





