Witam i o radę pytam.
Z góry ubezpieczam się przed "wysłaniem na drzewo" informacją, że w aucie mechanik (niezły) już kopał, a wymienione zostały: świece, kable, rozdzielacz, nawet sprzęgło i rozrząd.
Nie jest to sonda lambda, ponieważ średnie spalanie oscyluje wokół 7 litrów w cyklu mieszanym, żadne CE się nie świeci itd. Mułowaty był od początku. Grzebał przy nim kiedyś jeden miejscowy partacz, ale tutaj cudów się nie spodziewałem. Wymiękłem, kiedy odpuścił mój mechanik. Jeżdżę tak od roku, jednak "postęp" polega na tym, że kiedyś mogłem odpalać i jechać, teraz też odpala na dotyk, ale muszę odczekać pół minuty, bo silnik się dławi. Na trasie te swoje ok 160 km/h osiągnie, ale czas który to zajmuje to ok. 2,5 minuty. Okresowo, choć rzadko, pojawiają się dziwne wibracje połączone z jeszcze większym spadkiem mocy. Wczoraj jechałem na piątym biegu ok. 90 km/h, wcisnąłem gaz do podłogi i zamiast poczuć przyspieszenie usłyszałem oprócz pracy silnika dźwięk jakby mi się włączyła... turbosprężarka, której nie mam. Jedyny pomysł to zapchany wydech, choć auto miało rzeczywiście 160 tyś km przejechane kiedy je kupowałem. Z tłumika nic nie wylatuje, poza spalinami i wodą, nie śmierdzi metalem. Po prostu ręce opadają. Gdyby ktoś miał jakieś MERYTORYCZNE pomysły, będę wdzięczny za pomoc.
Pozdrawiam
Olo


